Byłem z Xylią u weterynarza.
Dzisiaj było zdjęcie szwów.
Normanie to ona miała założone szły nićmi samo rozpuszczającymi się.
Ale, że zerwała sobie jeden szew to nowy był założony normalnymi nićmi, które są mocniejsze i niełatwo je zerwać. Ale trzeba było je zdjąć.
Tradycyjnie wczepiona we mnie, wyraziła swoją miłość do mnie upuszczając mi krwi z ramienia.
Trzymałem ją na rękach, uwieszoną do lewego ramienia jedną łapką. Mocną łapką.
I gdy pan doktor wyjmował nitkę to ona tak z lubością wbijała mi się w ramię.
Ma szczęście, że jestem odporny na ból bo inaczej musieli by mnie zaszczepić na wściekliznę. Dla jej ochrony gdybym miał ją pogryźć z bólu. A może bulu ? Chyba ci wysoko na stołkach lepiej wiedzą, no nie ? :)
Rana goi się pięknie, nawet to co odstawało wchłonęło się i nie będzie już potrzeby robić kosmetyki.
Za kilka tygodni włosy zarosną i nie będzie śladu.
Gdy tak trzymałem Xylię na rękach coś mi się wydawało, ale myślałem że mi się tylko wydawało.
W domu wyszła cała prawda na jaw.
Xylia się zesr.... z nerwów. Ale produkcja odpadła od niej dopiero gdy ją postawiłem na podłodze.
Biedne kocisko.
Ale następną wizytę u weta planuję na luty. Na doroczne szczepienie.
Gdy była już w domu to oczywiście schowała się za fotelem.
Ale żeby nie było jej źle to ja jej dałem chrupki smakołyki, a Myszka (zazdrosna) przyleciała z kabanosikiem.
Jednak warto chodzić do weta :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękujemy za odwiedziny i komentarz. Życzymy miłego dnia.